Spis treści
Jak do tego doszło?
Do głowy by nam nie przyszło, żeby zgłaszać się do jakiegokolwiek programu w telewizji, tym bardziej, że ani polskiej ani belgijskiej telewizji nie oglądamy od lat i trochę nie mamy pojęcia, jak ta dzisiejsza telewizja wygląda i co oferuje. I może właśnie dzięki tej niewiedzy i nieświadomości, kiedy pomysł na uczestnictwo w programie „Jestem z Polski” podsunęła nam nasza znajoma, podeszłyśmy do tematu z naiwnością ufnego dziecka, dostrzegającego we wszystkim możliwość przygody i dobrej zabawy.
Informację o tym, że można nadsyłać zgłoszenia do programu dostałyśmy dosyć późno, bo jakieś 5 dni przed końcem castingu. Miałyśmy więc tylko kilka dni by podjąć decyzję, nagrać wideo, zmontować i wysłać, ale też jakoś specjalnie nie zależało nam na dostaniu się do programu i chyba nawet nie pomyślałyśmy o tym, co będzie, jeśli to właśnie MY zostaniemy wybrane?! Na myślenie o tym po prostu zabrakło czasu.
4 dni do końca castingu.
Rozpoczynamy działania… byle bez zadyszki 😉 Oglądamy w internetach dostępne urywki „Jestem z Polski”, bo nie mamy zielonego pojęcia, co to za program. Rozstrzygamy, że jest w porządku i że z tym, co aktualnie robimy, czyli propagowaniem lokalnej turystyki, idealnie wstrzelimy się w temat.
Zapada decyzja. Zgłaszamy się!
3 dni do końca castingu.
Plan jest taki: jadę do Moniki na wieś. Dziś nagrywamy, jutro montujemy, pojutrze poprawki i wysyłamy ten idealnie dopieszczony materiał. To będzie bułka z masłem! Ale jak to w życiu bywa, oczywiście, że to nie było aż takie łatwe! Pół dnia zajęło nam zaznajomienie się z obsługą zakupionego specjalnie na tę okazję Gimbala, czyli stabilizującego statywu do telefonu.
Podejmujemy pierwsze próby nagrywania scen domowych, bo na nic innego już nie mamy czasu. Zabawa jest niezła i udaje nam się poznać możliwości łatwego i szybkiego montażu dzięki fajnej aplikacji do obsługi gimbala. Ale zostały nam już tylko dwa dni!
2 dni do końca castingu.
Wychodzimy w plener z zamontowanym na gimbalu telefonie. To są nasze pierwsze próby przed kamerą i okazuje się, że nie jest to wcale takie łatwe zadanie. I choć nikt nas nie obserwuje, trema przed kamerą bierze górę i robimy dubel za dublem, by nagrać choć jedną sekwencję, z której będziemy zadowolone. Tak mija cały dzień!
1 dzień do końca castingu.
Przeglądamy nagrania, wybieramy najlepsze. Chociaż “najlepsze”, to naprawdę dużo powiedziane. Z niczego nie jestem zadowolona. Montaż trwa, a ja myślę tylko o tym, co mogłam zrobić lepiej. Nie ma jednak czasu na poprawki. O dziwo udaje nam się zmontować całkiem ciekawe zgłoszenie do programu.
Godzina zero.
Wysyłamy? Poszło! Uff, mamy wolne. Nie na długo jednak. Dosłownie parę dni później, mailem przychodzi odpowiedź, że niedługo zjawi się w Brukseli ekipa telewizyjna, by pokazać, jak dwie przyjaciółki ułożyły sobie życie na obczyźnie.
Naprawdę?! Jesteśmy szczerze zaskoczone! Nie dowierzamy i cieszymy się jednocześnie. Na razie cieszymy się „w sobie”, bo przecież trzeba jeszcze przez to przejść i nie zemdleć przed kamerami
Na planie „Jestem z Polski”
Na przyjazd ekipy nie czekamy wcale długo. Wszystko rozgrywa się w przeciągu zaledwie trzech tygodni i już w połowie lutego witamy 4 osobową ekipę telewizyjną w naszych domach. Mamy już opracowany wstępny scenariusz, jakie miejsca i atrakcje chciałybyśmy pokazać przez te trzy dni.
Do pracy przystępujemy z marszu. Okazuje się, że mówienie do kamery może człowieka totalnie sparaliżować i to tak, że w głowie pozostaje tylko pustka. Pierwszego dnia nagrań nic nie zdołało poprawić tego stanu rzeczy, a pracy było od świtu do nocy. Ten dzień po prostu musiał minąć, by kolejne były już o wiele lepsze.
W czasie krótkich przerw w ciągu dnia, szczególnie w czasie zmiany pleneru, miałyśmy również okazję poznać bliżej ekipę. Pytania o ich poprzednie projekty, które tworzyli dla telewizji, przyprawiały nas o jeszcze większe skrępowanie, bo okazało się, że pracujemy z ekipą telewizyjną, która na co dzień tworzy czołowe programy nadawane przez telewizję publiczną. Byłyśmy pełne podziwu dla ich pracy i tego, jaki wybrali zawód. Nagrania trwały od rana do późnego wieczora. 3 dni bitej harówki, żeby streścić nasze życie i skondensować tak, by zmieściło się w trzech dniach. Dodatkowo zostałyśmy wrzucone w wir sytuacji i zdarzeń, które były nam do tej pory obce i totalnie poza naszą strefą komfortu. Na szczęście dobry humor nas nie opuszczał, a śmiech, który jest naszą ulubiona formą ekspresji, towarzyszył nam wszędzie i rozładowywał stres. Również anegdot telewizyjnych jest co niemiara, także było się z czego pośmiać.
Kilka szczegółów z trzydniowego planu zdjęciowego.
Dzień pierwszy.
Po przejściu przez moje mieszkanie i wizycie w pobliskim orientalnym sklepiku, jedziemy z ekipą na Grand Place – punkt obowiązkowy każdego turysty. Same tak naprawdę rzadko już tam wpadamy, bo po 20 latach, centrum Brukseli nie wydaje nam się już tak atrakcyjne. Niemniej jednak, właśnie tutaj warto przyjechać, by posmakować prawdziwych belgijskich gofrów i frytek.
Dzień drugi.
Przed kamerą nadal nie czujemy się swobodnie, ale jest zdecydowanie lepiej niż pierwszego dnia. Sesja zdjęciowa w Charleroi pozwala nam zacząć gładko dzień.
Kolejny punkt w scenariuszu to wizyta w małej manufakturze czekolady, gdzie przeurocza Hedwig pokazuje nam, jak ręcznie produkuje się małe czekoladki z przepysznym i przeróżnym nadzieniem. Jest równie zestresowana jak my, ale podjadamy razem kilka czekoladek i nastrój na dalsza część dnia skutecznie nam się poprawia.
Zostało nam już właściwie tylko popołudnie i wieczór na wywiad i zwiedzenie z kamerą domu Moniki.
Dzień trzeci i ostatni.
Pozostało nam kilka miejsc na liście, jednym z nich jest sklep z używanymi rzeczami Les Petits Riens w Namur. Chciałyśmy pokazać choć namiastkę tzw. brokantów (fr. brocante), czyli targów staroci, które z powodu sanitarnych obostrzeń nie odbywały się w tym czasie. Są one jednak nieodzownym elementem belgijskiej obyczajowości.
Zabieramy także ekipę telewizyjną na krótką wędrówkę szlakiem pełnym artystycznych instalacji. To ciekawa trasa niedaleko domu Moniki, znana także uczestnikom naszych wypraw.
Po południu spotykamy się z François Struzik z ekipy Hike Up, naszym belgijskim, ale świetnie mówiącym po polsku kolegą, który tak jak my, propaguje lokalną turystykę. Niestety, rozmowa z François nie weszła do programu, bo po prostu się nie zmieściła.
Dzień zakończyłyśmy wspólnym wywiadem moim i Moniki oraz oczywiście lampką szampana, by uczcić te 3 dni świetnej zabawy, ale i niezłej orki. Pozostało nam czekać na rezultaty pracy ekipy montażowej. Byłyśmy bardzo, bardzo ciekawe, co z tego wyjdzie, a jednocześnie pełne obaw czy sprostałyśmy zadaniu.
Rezultaty można obejrzeć na platformie Player.pl: Sezon 7, odcinek 10