Na skróty

Do głowy by nam nie przyszło, żeby zgłaszać się do jakiegokolwiek programu w telewizji, tym bardziej, że ani polskiej ani belgijskiej telewizji nie oglądamy od lat i trochę nie mamy pojęcia, jak ta dzisiejsza telewizja wygląda i co oferuje. I może właśnie dzięki tej niewiedzy i nieświadomości, kiedy pomysł na uczestnictwo w programie „Jestem z Polski” podsunęła nam nasza znajoma z grupy” Wakacje w Belgii”, podeszłyśmy do tematu z naiwnością ufnego dziecka, dostrzegającego we wszystkim możliwość zabawy i przygody. 

Informację o tym, że można nadsyłać zgłoszenia do programu dostałyśmy dosyć późno, bo jakieś 5 dni przed końcem castingu. Miałyśmy więc tylko kilka dni by podjąć decyzję, nagrać wideo, zmontować i wysłać. Działanie pod presją czasu na tak zwaną „za pięć dwunasta” jest naszym, można powiedzieć nawykiem, jeśli nie metodą, której często w naszym życiu używamy i zazwyczaj się sprawdza, bo po co robić coś cały tydzień, kiedy można zorganizować się w jeden, gdy nie ma się innego wyjścia. Oczywiście nikogo nie namawiamy do takiego stawiania się pod ścianą, gdyż ta metoda jest tylko dla wyjątkowo uzdolnionych pod względem nieumiejętności organizowania sobie czasu osób. Jednakże rozumiemy, że tak jak i nas, może Cię pociągać w tej metodzie wyjątkowa oszczędność czasu. Każdy musi się przekonać na własnej skórze, co u niego działa i co sprawdza się najlepiej. My oczywiście nie polecamy. 

Wracając do tematu, wspomnę jeszcze tylko, że jakoś specjalnie nam nie zależało na dostaniu się do programu i chyba nawet nie pomyślałyśmy o tym, co będzie, jeśli to właśnie MY zostaniemy wybrane?! Na myślenie o tym po prostu zabrakło czasu. A czas jak się okazało już po wszystkim, był tylko i wyłącznie naszym sprzymierzeńcem, a to dlatego, że gdyby go było więcej, to prawdopodobnie ta przygoda nie miałaby w ogóle miejsca. 

5 dni do zakończenia castingu. 

Że niby MY?! Czyli tak zwane oswajanie się z tematem. Chodzisz, myślisz, jeszcze raz chodzisz i jeszcze raz myślisz, czy aby na pewno i tak Ci mija dzień. A potem jeszcze mówisz: muszę się z tym przespać i tak zostają:

4 dni do końca castingu. 

Czas coś działać, byle bez zadyszki. (To też jedna z naszych metod. Też nie polecamy – wiadomo! W świecie, gdzie kobieta jak się nie urobi po pachy, to znaczy, że leniwa, nie ma się co wychylać. Robisz bez zadyszki, nic nie musisz, a do tego masz piękne i dobre życie. Zlinczują Cię jak nic. Także nie namawiamy). 

Oglądamy więc w internetach dostępne urywki „Jestem z Polski”, bo nie mamy zielonego pojęcia, co to za program. Rozstrzygamy, że jest w porządku i że z tym, co aktualnie robimy, czyli propagowaniem lokalnej turystyki, idealnie wstrzelimy się w temat. 

Zapada decyzja. Zgłaszamy się!

3 dni do końca castingu. 

Plan jest taki: jadę do Moniki na wieś. Mamy 3 dni. Dziś ponagrywamy, jutro dogrywki i montaż, czas na dobranie podkładów muzycznych, pojutrze jeszcze popraweczki, by było idealnie i wyślemy taki idealnie dopieszczony obrazek. To będzie bułka z masłem. Ale jak to w życiu bywa, bułka z masłem to za mało i przydałby się jeszcze ser. Monia chce ser. Wpada na genialny pomysł, który genialny rzeczywiście był, bo mimo tego, że z jednej strony opóźnił nas o jeden dzień, to z drugiej przyspieszył i ułatwił prace o dwa! Pamiętajcie: bułka z masłem i z serem! Oczywiście, podkreślam po raz trzeci, nikogo do korzystania z naszych metod nie namawiam, ale my sobie lubimy pozwolić na ser.

Monia mówi: Kup gimbala po drodze!

A to się teraz gimbal nazywa?! – myślę, ale nic nie mówię, w końcu nie chcę wyjść na głupią, że nie wiem, jak się teraz na wibrator mówi, pfff myślałby kto, żem już taka stara.

Czytam wiadomość: wysłałam linka. Zajedź do Media Markt. Jeremy już sprawdził, że mają na stanie. 

Wibratory maja w Media Markt?! A to Ci dopiero! Ale kto wie, w tej pandemii niejeden absurd już widziałam. No dobra, poddaję się i googluję: gimbal? Gimbal, inaczej stabilizator, to nowoczesny łatwy w obsłudze gadżet do trzymania telefonu, redukuje wstrząsy i takie tam… no, no przyda się, tym bardziej, że był wymóg nagrania zgłoszenia najlepiej w ruchu.

– Spoko spoko ogarnę – mówię.

Dzień minął na ładowaniu nowego sprzętu, nauce obsługi i poznawaniu jego możliwości. Poświęciłyśmy dobrych kilka godzin, aby opanować to ustrojstwo i tylko presja, że musimy to zrobić, by nagrać zgłoszenie, odwodziła nas od tego, by nie rzucić nim o ścianę. W końcu udaje nam się jako tako wykalibrować telefony i uruchomić gimbala. Podejmujemy pierwsze próby nagrywania scen domowych, bo na nic innego nie mamy już tego dnia czasu. Zabawa jest niezła i udaje nam się poznać możliwości łatwego i szybkiego montażu dzięki świetnej aplikacji dołączonej do gimbala. I jak zwykle nie polecamy, bo się jeszcze ktoś przez nas wrzodów żołądka z nerwów nabawi, jeśli jego początki ze sprzętem będą wygadały tak jak u nas.

2 dni do końca castingu.

Wychodzimy w plener z zamontowanym na gimbalu telefonie. To są nasze pierwsze próby przed kamerą i okazuje się, że nie jest to wcale takie łatwe zadanie. I choć nikt nas nie obserwuje,  trema przed kamerą bierze górę i robimy dubel za dublem, by nagrać choć jedną sekwencję, z której będziemy zadowolone. Na dodatek, ja mam jeszcze tego dnia takie wory pod oczami, że żaden filtr, choćbym miała najnowszego srajfona, by tego nie zamaskował. Czy czułam, że mam tego dnia pod górkę? Eeeee nie, no co Ty, wcale! Założyłam piękny szal dla odwrócenia uwagi! Myślisz, że ktoś się teraz będzie przyglądał tym workom pod oczami? 😉

Pare fotek z tego dnia:

Wracamy do domu, zaczyna padać śnieg, a późnym wieczorem jesteśmy już nieźle zasypani.

1 dzień do końca castingu.

Przeglądamy nagrania, wybieramy najlepsze. Chociaż “najlepsze”, to naprawdę dużo powiedziane. Z niczego nie jestem zadowolona. Montaż trwa, a ja myślę tylko o tym, co mogłam zrobić lepiej. Nie ma jednak czasu na poprawki. Jak widać, czas był tu znaczącym elementem układanki, by wszystko zakończyło się sukcesem. Jednak w tamtej chwili nie byłam jeszcze tego świadoma, dlatego przeklinałam w duchu ile wlezie na ten nieszczęsny brak czasu! 

O dziwo udaje nam się zmontować całkiem ciekawe zgłoszenie do programu. A właściwie Monice się udaje, bo ja, to głównie mówiłam, jaką scenę ze mną ma jeszcze usunąć. Monia to jednak ma rękę. 

Dzień zero. 

Jestem z Polski zgłoszenie do programu:

Nie na długo jednak. Dosłownie parę dni później, mailem przychodzi odpowiedź,  że niedługo zjawi się w Brukseli ekipa telewizyjna, by pokazać, jak dwie przyjaciółki ułożyły sobie życie na obczyźnie.  

Naprawdę?! Nie dowierzamy i cieszymy się jednocześnie. Na razie cieszymy się „w sobie”, bo przecież trzeba jeszcze przez to przejść i nie zemdleć przed kamerami ???? CDN…

Sprawdź gdzie nagrywałyśmy Jestem z Polski zgłoszenie do programu:

udostępnij
wyślij znajomemu
wydrukuj

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.